Jasiek Ptasiek Vogelhannes

Dawnymi czasy miejską winiarnię w Kłodzku dzierżawił pewien piwowar, który strasznie klął i okrutnie oszukiwał. Gdy niezgrabny uczniak zbił szklankę, mistrz zaczynał przeklinać tak sakramencko, aż ludzie bali się, że jak to mówią, wieża ratuszowa wygnie się ze strachu. A gdy jakaś kobiecina, nie płacąc, w piątek rano wzięła u niego drożdży za halerza, mogła być pewna, że do niedzieli na tablicy będą zapisane dwa halerze długu. Pan Bóg sprawiedliwy, który takiego postępowania dłużej znieść nie mógł, sprawił, że dzierżawca winiarni, którego ludzie zwali krótko Jasiek, umarł w młodych latach. Ze śmiercią skończył się dla niego czas grzechu, ale czas pokuty dopiero się zaczął. Przez pierwsze trzy dni hałasowało coś bardzo między szklankami, później odbył się pogrzeb. Podczas śpiewów Jasiek siedział na rynnie, a gdy przebrzmiały ostatnie akordy, zaczął śmiać się tak niepohamowanie, że wszyscy musieli spojrzeć w górę. Oczywiście rozpoznali go i przeczuwając, że kara Najwyższego nie pozwala mu spocząć w grobie, otworzyli trumnę. Kiedy zamiast ciała znaleźli kamienie, okazało się prawdą, że piwowar co noc wracał do winiarni i hałasował tam straszliwie. Następca Jaśka na dzierżawie chciał mieć spokój, a ponieważ nie było innego sposobu, wezwał kłodzkiego kata. Jako że ten znał się na wypędzaniu duchów, złapał wnet duszę piwowara do worka i wyniósł na Ptasią Górę w lesie Pokrzywno. Takim duchom, którym tylko figle w głowie, trzeba dookoła miejsca banicji zakreślić granice, aby nie łaziły zbyt daleko, nie dokuczały i nie męczyły ludzi. Tak też stało się z Jaśkiem na Ptasiej Górze, krótko mówiąc Jaśkiem-Ptaśkiem. Kat zwołał trzynaście starych bab i kazał im obejść rewir, w którym duch miał pozostać. Nie wolno mu było przychodzić do miasta, ale w granicach swego terytorium miał całkowitą swobodę. Używał jej, by błaznować i psocić na wszelkie możliwe sposoby. Podobno Jasiek-Ptasiek nadal tu grasuje, strasząc przechodzących ludzi i myląc drogi wędrowcom.

 


25.10.2014